too-drunk-to-fuck1 blog

Twój nowy blog

Oto stało się niewyobrażalne: T. oficjalnie zmienił status na „w związku”. Sprawa świeża, z dnia wczorajszego, więc piszę, póki jeszcze jest aktualna, gdyż wszyscy wiemy, że moje relacje z kobietami cechują się szybkimi i gwałtownymi zwrotami akcji.

Niemniej jednak, tak daleko w swym życiu tak daleko nie dotarłem (licealny epizod się nie liczy) i jak na razie nawet nie czuję przerażenia; przeciwnie – jestem usatysfakcjonowany rozwojem wypadków. Co dalej? Istnieją dwie możliwości: odkryję jakiś jej mroczny sekret/skrzętnie ukrywany defekt psychiczny lub (o dziwo, bardziej prawdopodobna opcja) sam zawalę na dowolnie wybranym polu. Ach, miłość, sprawia że świat widzimy w kolorowych barwach!

Na razie o tym nie myślę, nie wynajduję na siłę problemów, staram się ich nie tworzyć. Tak po prawdzie, bardzo dobrze czuję się w jej towarzystwie, mimo wcześniejszych obiekcji.
Okej, raczej nie porozmawiam z nią o teorii symulacji albo efekcie Mandeli, ale czy to aż tak istotne? Od tego mam kumpli. Może nasze gusta filmowe mocno się różnią, ale czy to takie ważne? Dobry (moim zdaniem) film zawsze mogę sobie odpalić w domu z siostrą.

Jedyny problem związany z powyższym – dlaczego ona w sumie chce ze mną być? Bo właśnie możliwość porozmawiania na dziwne, nietypowe tematy uważałem za swój największy atut. No i wybitne poczucie humoru, rzecz jasna. Skoro to odpada, wygląd i pieniądze z naturalnych przyczyn odrzucam, to zostaje… No właśnie, co? Tutaj zapala się czerwona lampka, pytanie na które nie znajduję odpowiedzi. I które powoduje u mnie ciągłą niepewność, bo K. na brak powodzenia nie narzeka; nie będę nawet wspominał o (szczęśliwie odrzuconych) propozycjach zaistnienia w dobrze płatnej gałęzi niszowego przemysłu filmowego.

Na razie wszystko idzie zaskakująco gładko – skoro przyjąłem zaproszenie na wesele w roli osoby towarzyszącej (!), a następnie bez najmniejszego marudzenia wychodzę na parkiet (!!), kilkukrotnie sam proponuję taniec (!!!), to chyba trochę mi zależy, choć przyznaję się do tego faktu niechętnie. Gdyby rozciąć mój telefon, prawdopodobnie rozlałaby się tęcza, kwiatki i jednorożce (dosłownie, wręczyłem jej na urodziny jednorożca, którego ochrzciliśmy imieniem Zbigniew…), ale cholera, wszystkiego trzeba w życiu spróbować. Może to najgłupsza rzecz jaką w życiu robię, a może najlepsza. Po tylu rozczarowaniach, obstaję przy drugiej wersji. Jest zaskakująco dobrze.

259. Enouement

3 komentarzy

Énouement – słodko-gorzkie uczucie, że oto dotarliśmy tu, do przyszłości, w której możemy wreszcie dowiedzieć się jak to wszystko się potoczyło i rozwiązało.

Przewertowałem w mijającym tygodniu całego bloga (o dziwo nie krzywiłem się przy tym tak bardzo, jak przypuszczałem) i cóż się okazało? Przez długi czas jednym z motywów przewodnich była A., dziewczyna z przeszłości, o której, szczerze mówiąc, prawie już zapomniałem. A z pewnością nie myślę o niej w takich kategoriach jak jeszcze kilka lat temu. Stała mi się na tyle obojętna, że grudniową zmianę statusu (z „w związku” na „zaręczona”) przyjąłem wzruszeniem ramion… W głowie pojawiły się myśli: „a może odrobinę ją, z różnych przyczyn, idealizowałem?”. Pora odpowiedzieć na to pytanie, dlatego do studia zaprosiliśmy dwóch ekspertów: T. oraz T. z przeszłości. Zapraszamy na gorącą dyskusję!

T.: Pozwolę sobie zacząć, ponieważ to ja występuję, w pewnym sensie, w roli oskarżyciela. Uważam mianowicie, że A. wcale nie jest, i nigdy nie była, chodzącym ideałem, a pańskie uczucia do niej wynikały z przyczyn… nie powiedziałbym „nieszczerych”, były to bardziej zaburzenia percepcji, spowodowane różnymi, powiązanymi ze sobą czynnikami.

T. z Przeszłości: Co pan sugeruje? Przecież można tak określić każde zauroczenie – racjonalne myślenie zawsze się wtedy wyłącza, co nie ujmuje uczuciu prawdziwości.

T.: Owszem, warto jednak dokładnie przyjrzeć się filtrom, przez które spoglądał pan na A. Po pierwsze: filtr sentymentu. Pańskie zamiłowanie do rozpamiętywania przeszłości jest wszystkim zgromadzonym doskonale znane, to zresztą powszechny mechanizm… Czyż nie jest tak, że relacja z A., a co za tym idzie, ona sama, kojarzy się z sielskimi, niemal bezproblemowymi czasami licealnymi? Czasami młodości, świeżości, beztroski? Należy do tego odległego, dawnego świata, do którego niewątpliwie często tęsknimy i to główny powód stawiania jej na piedestale; nie cechy charakteru, usposobienie, bądź uroda.

T. z Przeszłości: Wiedział pan, gdzie uderzyć, bo sentymentalności się nie wyprę, choćbym nawet chciał. Dowodów jest zbyt wiele! Jednak proszę nie zarzucać mi pamięci selektywnej. Nie stosuję mechanizmów wyparcia, przynajmniej nie świadomie…

T.: Ale wcale nie twierdzę, że to świadome działanie!

T. z Przeszłości: Ja panu nie przerywałem. Nie stosuję mechanizmów wyparcia i nie wszystko co kojarzy mi się z liceum wspominam pozytywnie. Nauczycielki od niemieckiego, lekcji chemii, czy problemów z nieśmiałością nie zapomniałem, a jednak tych rzeczy nie próbuję wybielać, szukać w nich na siłę jakichkolwiek pozytywów. Nigdy nie chciałbym do nich wrócić, więc argument uważam za nietrafiony.

T.: A zatem wytoczę cięższe działo. Dziwnym trafem pańska fascynacja A. wyraźnie opadła, gdy pojawiły się na horyzoncie inne kobiety, będące panem zainteresowane. Uważam, że wcześniejsze wzdychanie do A. wynikało z prostego faktu, iż przez długi czas była jedyną dziewczyną, odwzajemniającą zauroczenie. Wystarczyło popracować nad samooceną i pewnością siebie, zauważyć że zdobywanie kobiet nie jest aż tak trudne, i nagle wielka miłość rozpłynęła się w powietrzu.

T. z Przeszłości: Rozumiem że jest pan ode mnie starszy, ale to nie usprawiedliwia jawnego przeinaczania faktów. Po pierwsze – nigdy nie nazwałem mojego uczucia do A. miłością. Po drugie – moje zainteresowanie spadło zanim spotkałem się z E., czy poznałem M. Owszem, te wydarzenia pomogły ostatecznie pogodzić się z „wewnętrznym” pożegnaniem A., jednak nie były decydujące.

T.: Co zatem było decydujące?

T. z Przeszłości
: Głównie jej przeprowadzka do stolicy. Wiedziałem, że będziemy widywać się jeszcze rzadziej (o ile w ogóle), że będzie mieszkać ze swoim facetem, i że to zmniejsza szanse do absolutnego minimum. Gdy nasz kontakt z naturalnych przyczyn się urwał, naturalnie myślałem o niej coraz mniej, ale zawsze ciepło i z sentymentem.

T.: I uważa pan, że gdyby teraz zerwała zaręczyny, wróciła na północ i sama zaproponowała odnowienie relacji na zasadach więcej niż przyjacielskich, rzuciłby pan wszystko i pognał w jej ramiona?

T. z Przeszłości: Z ogromnym prawdopodobieństwem powiem: tak.

T.: Widać, że zatrzymał się pan w 2011 roku! Na szczęście jestem starszy i mam o sobie… czyli o panu… większą wiedzę, dlatego z radością mogę obwieścić, że nie zrobiłby pan tego. Ponieważ z perspektywy czasu A. wcale nie wydaje się tak interesująca. Przyznaję, spotkania z nią zawsze były bardzo przyjemne; jest pozytywną, otwartą, zabawną i ładną dziewczyną – taką typową „dziewczyną z sąsiedztwa”. Ale świat się na niej nie kończy, a możliwości jest dużo więcej i szkoda byłoby z nich zrezygnować – jeszcze za wcześnie.

T. z Przeszłości: Prawdę mówiąc… to bardzo krzepiące słowa. Nie mógł mi pan tego zakomunikować, ja wiem, pięć lat temu?

T.: Pięć lat temu sam nie wiedziałem jeszcze wielu rzeczy.

Akcja reaktywacja!
Z racji faktu, iż w ostatnich tygodniach trochę poukładałem swoje życie (słowo klucz: trochę), postanowiłem coś napisać na blogu – taka okazja może się prędko nie powtórzyć.

Dziś obchodzę dwie niezwykle ważne rocznice… Jeżeli wyczuliście sarkazm, to macie rację. Mimo wszystko, skłoniły mnie do głębokich refleksji (tu z kolei widzimy książkowy przykład świadomej hiperbolizacji).
Otóż, po pierwsze, właśnie minął rok, odkąd zacząłem pracować w… nie, nie podam dokładnej nazwy, wolę uniknąć problemów. Tak czy inaczej – dokładnie 365 dni temu zostałem pełnoetatowym urzędasem, moje marzenie wreszcie się ziściło! Tym samym dołączyłem do grona smutnych panów w wieku prawie-że-średnim, którzy liczyli w życiu na coś więcej, chcieli tworzyć literaturę pamiętaną przez pokolenia, a skończyli przerzucając papiery, z pokorą wysłuchując obelg petentów, porządkując papiery, wysyłając wezwania, kompletując papiery… A ich jedyną przyjemnością jest pięciominutowa przerwa na papierosa, podczas której szukają w głowie przyczyn takiego stanu rzeczy, rozmyślają co zrobili źle, gdzie popełnili błąd? Czy jest jeszcze szansa by wyrwać się z tego piekła, czy nie jest za późno? Postanawiają wziąć się w garść, poszukać czegoś lepszego, wrócić do pisania, ale gdy przekraczają próg mieszkania, jedyne na co mają ochotę, to bezmyślny odpoczynek przed komputerem, z kubkiem przesłodzonej herbaty na podorędziu. Już nawet nie piwa! Gdyż gorycz towarzyszy im przez pięć dni w tygodniu; potrzebują cukru – dosłownie i w przenośni.
Jednak metaforycznego cukru nie mają skąd otrzymać, wszystkie poznawane kobiety wydają się nudne i nijakie, więc sami kończą w miarę obiecujące znajomości, choć kiedyś byłoby to nie do pomyślenia.

Zatem rano znów wstaną, zaciskając zęby i rozważając, czy nie wziąć urlopu na żądanie (ostatecznie nigdy tego nie robią), w lustrze z przygnębieniem dostrzegają kolejne siwe włosy, a następnie rezygnują z golenia, by przeznaczyć zaoszczędzony czas na zapalenie papierosa (i tak nerwowo kontrolując godzinę, nie chcąc spóźnić się na zatłoczony autobus, w którym wybierają miejsce pozwalające uniknąć podróży z koleżanką wsiadającą dwa przystanki dalej).

W weekendy wychodzą ze znajomymi do pubów lub klubów, ale wiek robi swoje – kac uderza boleśniej niż kiedyś, więc starają się nie pić za dużo. Ostatecznie i tak piją dużo za dużo, bo to jedyny sposób na szybką ucieczkę od rzeczywistości, a potem czują do siebie obrzydzenie, zamieniające poniedziałek w jeszcze większy koszmar – choć wydawałoby się to niemożliwe.

Tak to w skrócie wygląda.

Dziś mija też rok od pierwszego spotkania z pewną dziewczyną, z którą już się nie spotykam. Dlaczego? Zabawna historia, jak wszystkie moje damsko-męskie perypetie.
Otóż pewnego wieczora pod moim blokiem pojawił się pan Narzeczony, a rozmowa w dużym skrócie wyglądała następująco:

- Czy uprawialiście seks?
- Nie.
- Aha, okej, to na razie.

Odrobina niezręczności zawsze lepsza niż obita twarz, a anegdotka na spotkania towarzyskie wprost wyborna! Krótko mówiąc: warto było.

Tymczasem, zwijam się do pustego łóżka. Jest 22:17, pora spać – dziś już i tak nic lepszego mnie nie spotka!

257.

Brak komentarzy

Ciekawe, czy ktoś jeszcze czasem odwiedza to miejsce? Zakurzone, zarośnięte pajęczynami, w którym nie słychać nic poza cykaniem świerszczy?

Zapewne nie, nic w tym dziwnego. Mimo wszystko, postanowiłem wrócić… ażeby pomarudzić! Tak, tego nam brakowało.
Narzekać mógłbym na każdy aspekt szczęśliwie mijającego już roku, 2016 był (jest) doprawdy daleki od ideału, delikatnie rzecz ujmując. Zdrowie? Moje okej, ale bliskie mi osoby miały mniejsze lub większe problemy. Praca? Jest, ale poza pieniędzmi przyprawia mnie o niespotykane dotąd pokłady stresu (fakt, większość generuje moja ulubiona głowa, jednak nie biorą się całkowicie z powietrza). „Uczucia”? A idź pan w cholerę, szkoda strzępić ryja. Życie towarzyskie? Jako tako, jednak gorzej niż w poprzednich latach, zresztą nie czuję już takiego parcia na imprezowanie, co dodatkowo mnie przeraża.

Czas na zmiany, w które szczerze nie wierzę. Czy nagle polubię swoją pracę lub znajdę inną, lepszą? Sytuacja na rynku (ostatnio trochę się rozglądam) nie napawa optymizmem. Czy w kwestiach damsko-męskich będę miał nagle więcej szczęścia? Rok 2016 udowodnił (znów), że mam wyjątkowe szczęście do psychopatek i to już nie może być przypadek.

Trzymam się jednego: osobistych statystyk historii najnowszej. Jakie lata były najlepsze w ostatnim czasie? 2008, 2011, 2014… Widzicie co mam na myśli? Na dwa lata chude przypada jeden tłusty i wynikałoby, że właśnie 2017 będzie tym solidnie podlanym olejem z domieszką smalcu i słoniny, posypany skwarkami.
Ale w dzień taki jak dziś trochę powątpiewam.

256.

Brak komentarzy

Przez ostatni miesiąc, o dziwo, wydarzyło się w moim życiu całkiem sporo. Na tyle dużo, bym zasiadł do pisania!

Pominę kwestie, na które nie miałem i nie mam żadnego wpływu – bo i takie się pojawiły w ostatnich dniach stycznia. Polecimy chronologicznie, bo jak wszyscy wiedzą, lubię porządek.

Po pierwsze: P. znów się odezwała, ale chyba zrobiła to po raz ostatni. Dlaczego tak sądzę? Cóż, powiedziałem magiczne zdanie pt. „zostańmy przyjaciółmi”. Zawsze chciałem to zrobić; niestety myślałem że sprawi mi to większą satysfakcję… Kobiece łzy nie są rzeczą, którą chciałbym wywoływać, zwłaszcza jeśli z płaczącą dziewczyną łączyło mnie (bądź co bądź) coś pozytywnego. Musiałem być twardy, wiem że postąpiłem słusznie, jednak czułem się wyjątkowo podle. A nie powinienem, biorąc pod uwagę, jak ona mnie potraktowała trzy miesiące wcześniej.

Po drugie: zakończyłem staż i błyskawicznie znalazłem nową pracę. Tym razem „prawdziwą”, na dorosłych zasadach, z dwuletnią umową i niezbyt imponującymi, acz satysfakcjonującymi warunkami finansowymi. Powinienem się cieszyć? I tak oczywiście jest, choć w beczce miodu zawsze musi być mniejsza lub większa łyżka dziegciu. Mniejsza? Nadal będę urzędasem, co nigdy nie było moim życiowym marzeniem. Pocieszam się faktem, że Kafka czy Bułhakow też przechodzili ten etap. No i mam w tym już pewne doświadczenie, więc chyba dam radę. Dlaczego „chyba”? Tutaj pojawia się (na razie hipotetyczna) większa łyżka. Już na samym początku (czyli w kwietniu, póki co odbywam szkolenia) będziemy mieli ogromne obłożenie i wciąż nie jest jasne, czy sobie z nim poradzimy. Nawet sama góra nie wie, jak najlepiej odeprzeć zmasowany atak interesantów.

Po trzecie: pojawiła się w moim życiu nowa osoba, nazwijmy ją A. Świetna dziewczyna – inteligentna, towarzyska, atrakcyjna, zabawna. Wreszcie trafiłem w dziesiątkę, po manipulantce M., nieokrzesanej K., niestabilnej psychicznie i chorobliwie zazdrosnej P.? No właśnie nie do końca… Jest jeden poważny szkopuł, trudny do zignorowania, boleśnie namacalny. Stąpam zatem po kruchym lodzie, który prędzej czy później, w ten czy inny sposób się załamie. A wtedy czeka mnie lodowata kąpiel.

255.

Brak komentarzy

Straszliwie zapuściłem tego bloga, nie da się ukryć… Czy to przez brak chęci? Nie. Brak czasu? Bądźmy szczerzy, też nie do końca. Brak tematów? O, już prędzej.
Jednak jest jedna rzecz, której odmówić sobie nie potrafię: corocznego PODSUMOWANIA! Startujemy z krótkim omówieniem roku 2015:

STYCZEŃ

Kontynuowałem imprezową passę roku ubiegłego, parę naprawdę fajnych, bezproblemowych wyjść na miasto. Czyli… obiecujący początek. Chociaż żeby wydarzyło się coś przełomowego? Zdecydowanie nie.

LUTY

Końcówka lutego to oczywiście zawarcie znajomości z K. Sądziłem, że coś z tego będzie (w domyśle: coś fajnego). Wszak poderwanie dziewczyny na imprezie nie jest dla mnie bułką z masłem, mimo ciągłych postępów.

MARZEC

Jakże srogo się zawiodłem! Marzec pokazał, że K. to osoba… daleka od ideału, mówiąc najdelikatniej. Miesiąc upłynął zatem pod znakiem kłótni, docinków, a także prób ratowania relacji (początkowo) i uwolnienia się od niej (niedługo potem).
Z plusów – znalazłem pracę. Tzn. płatny staż, ale w poważnej instytucji, na pełen etat. Który to staż obecnie kontynuuję – choć już niedługo.

KWIECIEŃ

Słaby okres, o którym ciężko powiedzieć coś konkretnego. Zacząłem rozważać zwolnienie tempa, bo pytanie barmana „to co, pół litra, jak zwykle?” trochę mnie zaniepokoiło. Tym bardziej, że moja odpowiedź była twierdząca…

MAJ

Przede wszystkim: Juventus! Cudowny półfinałowy dwumecz z Realem, czy może być coś piękniejszego? Ponadto: juwenalia, na których poczułem się zdecydowanie staro.

CZERWIEC

Całkiem zacny miesiąc. Dużo spotkań towarzyskich w zróżnicowanym składzie osobowym. Luźno, wiosenno-letnio, momentami nawet beztrosko.

LIPIEC

A to, dla odmiany, jeden z gorszych miesięcy. W niczym nie przypominał ubiegłorocznego lipca. Ponury, szary, deszczowy, z unoszącą się nade mną wizją moralniaka (niesłusznego zresztą).

SIERPIEŃ

Lajtowa wersja lipca. Czytaj: nudno, ale zawsze lepsze to, niż permanentne przygnębienie. Cholera, źle wygląda tegoroczne podsumowanie – naprawdę żadne pamiętne wydarzenie nie przychodzi mi do głowy.

WRZESIEŃ

Powiedziałbym… Kontynuacja sierpniowej posuchy. Dopiero końcówka nieco rozruszała sytuację i była zwiastunem przyzwoitej jesieni.

PAŹDZIERNIK

Albowiem w październiku wreszcie poznałem P. Schemat jednak się powtórzył: najpierw było uroczo, następnie zrobiło się kwaśno, a końcówka była nie do wytrzymania. Szczęśliwie tym razem panna mnie wyręczyła i sama ukręciła „związkowi” łeb w zarodku. Odetchnąłem z ulgą.
No i reprezentacja Polski! Awans na Euro musiał podnieść moje morale.

LISTOPAD

Koniec wielogodzinnych, bezsensownych rozmów z P. sprawił, że nawet nuda smakowała wyjątkowo słodko. Serio! Zresztą nie było AŻ TAK nudno, np. wyprawiłem imprezę urodzinową, odwiedziłem Teatr Szekspirowski, skorzystałem z usług wróżki (w których „dar” nie wierzę, całe szczęście).

GRUDZIEŃ

Bardzo fajne zakończenie roku. Spora aktywność towarzyska – hucznie, ale bez przegięć, których żałowałbym długimi tygodniami. Zawarłem też kilka znajomości, mogących rzutować (oby pozytywnie) na nadchodzące miesiące.

Podsumowując: czy to był dobry rok? Na pewno słabszy od poprzednika, co jednak przewidywałem… Pobicie 2014 wymagałoby masę wysiłku i furę szczęścia. Złym też bym go nie nazwał – wszak nie wydarzyło się nic strasznego, a dwie nieudane relacje damsko-męskie uważam za cenną lekcję.

Jak widzę 2016? Na dwoje babka wróżyła. Przeczuwam, że będzie albo znakomity, albo beznadziejny. Nie sądzę, by okazał się przeciętny jak 2015, nie wiem czemu… Próbuję pozostać optymistą.

254.

Brak komentarzy

- Przyjedziesz do mnie za dwa tygodnie?
- Wiesz, chyba jednak nie będę mógł.
- Aha, kończymy znajomość. Tak naprawdę nigdy nic do mnie nie czułeś!

Okeej, znów trafiłem na pannę, która ma/powinna mieć żółte papiery. Jasne, wciąż mi przykro, kiedy pomyślę jak zanosiła się spazmatycznym płaczem, bo może nie będę mógł przyjechać, ale spójrzmy na sprawę chłodno i z dystansem – dla zdrowych psychicznie osób odwołanie spotkania (nawet długo wyczekiwanego) nie jest powodem do TAKIEJ histerii. Zwłaszcza, że poinformowałem o wszystkim z dwutygodniowym wyprzedzeniem. I dodałem, że postaram się to odkręcić, ale nie i chuj, teraz już nie chcę.
Dziewczyno, wróć kiedy dorośniesz!

Naprawdę mam „szczęście” do niezrównoważonych kobiet. „A może problem leży po twojej stronie”? Hmm, daleki jestem od ideału, popełniam masę błędów, ale tak, uważam że to panny miały nierówno pod kopułami.

Suche fakty:

- M. ukrywała prawdziwe nazwisko, mataczyła w kwestii wieku, prawdopodobnie zmyśliła filmową historyjkę o psychopatycznym byłym facecie podsłuchującym nasze rozmowy, a na koniec potraktowała mnie niczym gówno w obecności swoich znajomych.
- K. bez powodu obraziła pół mojego towarzystwa… i to powinno wystarczyć. Poza tym obrażała też mnie, czepiała się najdrobniejszych pierdół, miewała napady agresji.
- P. po czterech spotkaniach pytała o małżeństwo (!), sztucznie próbowała wywołać moją zazdrość, łapała za słówka, nie potrafiła przyjąć/zrozumieć punktu widzenia innego niż własny, histeryzowała z byle powodu.

Co je łączy? Oczekiwanie deklaracji po dwóch-trzech spotkaniach, nieumiejętność spokojnej dyskusji, brak empatii.

Wiem, są też normalne kobiety, ale ja chwilowo wypisuję się z tego interesu. Wolę popić z kumplami, pograć w gry, poczytać, obejrzeć mecz. Wolę mniejsze, ale bardziej zróżnicowane przyjemności, niż dużą, ale wciąż taką samą.

Co nie znaczy, że za kilka dni znów nie będę z P., bo niestety – w pewnych sytuacjach zdrowym rozsądkiem podcieram sobie tyłek. I cholernie tego nie lubię.

Jak wiecie (albo i nie) rok 2014 uważam za jeden z absolutnie najlepszych w moim świadomym życiu. Zawierał wszystko, wspominam go z ogromnym sentymentem. 2015 wystartował jeszcze całkiem obiecująco, ale kiedy analizuję ostatnie miesiące, dochodzę do wniosku, że od marca nie wydarzyło się nic szczególnie spektakularnego. Jasne, było kilka fajnych imprez, spotkań, incydentów, jednak… bez szału. Zero legendarności, żadnych przełomów.
A właśnie w marcu zacząłem pracować. Hmm, czyżby jedno miało związek z drugim?

Chyba nie do końca. Przecież przez podjęcie roboty nie przestałem prowadzić życia towarzyskiego – wciąż wychodziłem na miasto, spotykałem się ze znajomymi, czasem nawet całkiem huczne były to wypady. Może (ale tylko może) brało mnie większe zmęczenie, dlatego bawiłem się odrobinę gorzej, chociaż nie brzmi to przekonująco. Prawdopodobnie zbieg okoliczności.

Natomiast nie da się ukryć, twórczo i intelektualnie podupadłem. Zresztą już chyba wspominałem – pisanie opowiadania leży i kwiczy, czytam ekstremalnie mało, nawet Football Manager obrósł solidną warstwą kurzu. Wracam po pracy do domu i leżę, oddając się najprostszym, najmniej wymagającym rozrywkom. Zgroza.

Stare znajomości podtrzymuję, ale jednak dość niemrawo; nowych nie zawieram od dokładnie pół roku. Co należy zrobić w takiej sytuacji? Opracować plan!
Śmiejcie się, śmiejcie. Opracowywanie osobistych planów ma u mnie długą tradycję i zazwyczaj… zdaje egzamin. Po pierwszym roku studiów (wybitnie ubogim imprezowo) spisałem szczegółowy raport, zawierający strategię, mającą poprawić tę przykrą sytuację. I co? Drugi rok był pod względem towarzyskim ponad 100 % lepszy!

A zatem dziś wieczorem zasiądę za biurkiem i popijając kawę wypunktuję wszystkie niedoskonałości, zanotuję wszystkie możliwe sposoby na wzmożenie własnej aktywności, by od września wrócić do gry. Punkt pierwszy: rzucić pracę. Ok, żarcik, bez pieniędzy nie ma alkoholu. Tak czy siak, pora ruszyć głową, by w przyszłości móc ruszyć czymś innym.

252.

Brak komentarzy

Czy kogoś jeszcze muszę przekonywać, że w relacjach damsko-męskich mam wybitnego pecha? Przez ostatni rok przerobiłem już opcje z: dziewczyną mającą „chłopaka widmo”, patologiczną mitomanką, panną obrażającą wszystko i wszystkich, mężatką traktującą mnie jak psiapsiółę, a teraz doszła jeszcze laska w którą zainwestowałem spore pieniądze (smsy, smsy wszędzie) i od kilku dni bardzo tego żałuję, gdyż wiem, że inwestycja nigdy się nie zwróci. Kop za kopem. Oczywiście wkrótce się podniosę, wyczyszczę odcisk buta widniejący na mym tyłku i ruszę do przodu, ale nie ukrywam – powoli zaczynam mieć tego dosyć. Pula wolnych kobiet w okolicy systematycznie się wyczerpuje, a jeśli odliczyć te niezainteresowane i te, które nie interesują mnie, to już w ogóle.
A młodszy nie będę! Piękniejszy też raczej nie; perfekcji nie da się przecież przebić. Próbuję analizować w czym tkwi problem, ale pech wciąż wydaje się najbardziej racjonalnym wytłumaczeniem. To nie ja ukrywałem prawdziwe nazwisko, to nie ja miałem niewyparzoną gębę, to nie ja robiłem rzeczy, zaprzeczające wcześniejszym słowom. Bycie „w porządku” odchodzi do lamusa, pora pokazać prawdziwą twarz. Drogie panie, poznajcie złośliwego egoistę, który przestaje kryć się ze swoją złośliwością i egoizmem!

Ważne, że wciąż przyciągam niewieście spojrzenia. Pani z piekarni wyznała ostatnio, że „zawsze chciała zapytać o moją siwiznę”… Jestem intrygujący! Przynajmniej póki mam lekką siwiznę w stylu wczesnego Georga Clooneya lub Richarda Gere’a,. Tak, tak to widzę. Zdecydowanie.

Prawdziwa czy udawana – pewność siebie zazwyczaj przynosi dobre efekty. To wyjaśnia, dlaczego najlepiej idzie mi po alkoholu, a gdy trzeźwieję wszystko zaczyna się walić. Musiałbym pić częściej; niestety mój portfel i wątroba nie lubią tego.

251.

2 komentarzy

Kto się stęsknił, ręka do góry!… Tak myślałem.

To że ostatnio milczę wcale nie wynika z faktu, iż zapanował u mnie jakiś zastój towarzyski (przeciwnie – byłoby co opisywać), problemem był (jest) natomiast ewidentny zastój twórczo-intelektualny. Biorę sobie dzień wolny, mam zatem domowej roboty długi weekend i… tłukę się od ściany do ściany, nie robiąc absolutnie nic konstruktywnego. Serio, katastrofa.

Nie jest też tak, że nic nie zaprząta mojej głowy. Rodzi się w niej wiele pytań, mogących stanowić podstawę całkiem interesujących wpisów! Na przykład:

- Dlaczego niektóre dziewczyny uważają racjonalne, zdroworozsądkowe podejście do spraw damsko-męskich (argumenty > kłótnie) za przejaw obojętności?
- Czemu pozornie wykształceni ludzie nie dokonują krytycznej analizy źródeł, zanim powołają się na znaleziony w internecie tekst niczym na prawdę objawioną?
- Czy owady są dronami zesłanymi na Ziemię przez przedstawicieli obcych cywilizacji?

Tak, nurtuje mnie wiele kwestii, jednak brakuje koncentracji (czasu? ochoty?), by dogłębnie je przeanalizować. Nawet teraz, ostatniego dnia miesiąca, gdy wyczerpałem już transfer (wejście na bloga zajęło mi dobry kwadrans).
Jutro wezmę się w garść! A gówno, sam przestałem wierzyć w podobne deklaracje. Inspiracja wreszcie nadejdzie, ale bezwiednie i z zaskoczenia. Pozostaje czekać… Zawsze wraca.


  • RSS